Po co Cię zrobiono?

#1

Link do artykułu: https://zarobmy.se/po-co-cie-zrobiono/

Pomijając patologiczne kultury żebraków kaleczących swoje dzieci by wzbudzały litość, nikt nawet w stanie poważnej nieprzytomności nie planuje, aby jego dziecko (w liczbie pojedynczej z powodu indywidualnego kierunku tekstu) zostało kloszardem, pijakiem, narkomanem czy bezrobolem (tak samo leisure class nie planują swojemu kariery utracjusza). Mimo to wielu ludzi okupuje te pozycje społeczne, co uznajemy za objaw ich wysokiej nieprzydatności pozostałym. Z drugiej zaś strony zachowania prezentowane wobec osób o wysokiej pozycji społecznej wskazują, że ludzie są gotowi wiele poświęcić, aby właśnie te osoby zajmowały taką pozycję z korzyścią nie tylko dla nich, ale też dla wielu innych – w obu wypadkach zachowanie ma charakter zbiorowy (choć niejednorodny). Możemy więc z grzeczności wobec czcigodnych rodzicieli przyjąć, iż starając się sprostać celowi zajęcia właściwej (sobie) i istotnej pozycji w hierarchii (społecznej) wytwarzają potomstwo przydając mu taki sam cel w kolejnej iteracji. Produkując zaś potomstwo uzbraja się je jak najlepiej (na miarę własnego rozumu i dostępu do zasobów) na miarę ambicji rodziców, a czasem nawet na miarę możliwości tegoż potomstwa. Przynajmniej w teorii & zamierzeniach. Gdyż jeśli rozejrzycie się wkoło to zauważycie, że dla większości ludzi poprzednie pokolenia nie pozostawiły w ramach zastępowalności pokoleń mieszkań, miejsc pracy w fabrykach, pojazdów, obiektów rekreacyjnych a nawet struktur społecznych i handlowych, w których można z marszu wziąć udział. Jeszcze można jakoś wybaczyć, że nie pozostawili komputerów i sieci teleinformatycznych zmuszając nas do budowy coraz to nowszych, no ale pozostałe braki są niewybaczalne. Niewybaczalność zaś objawia się w masowym porzucaniu struktur i terytoriów niegotowych na absorbcję wyprodukowanych…

1 Like

#2

“Z własnego przypadku i jego podobieństwa do powszechności wnioskuję, że większość ludzi jest tak spauperyzowana, iż nie ma nawet od czego zacząć.”

Tia. Krótko, zwięźle i w sedno.

2 Likes

#3

a jak sie to ma w kontekscie forsowanym na tym forum, to jest PGR? czy zubozenie uniemozliwia grabienie? mozliwosci moze i mniejsze sa ale nadal dorabiac sie mozna i brzmi to dla mnie jak tania wymowka i usprawiedliwienie samego siebie zeby tylko nie stanac przed lustrem, spojrzec sobie w oczy i powiedziec “frajer i smiec ze mnie”

next tydzien moze pare h bede mial zeby dluzszy komentarz do tego tekstu naskrobac. thx wielkie za prace!

1 Like

#4

Wprost przeciwnie - gdy nie masz już czego przegrać pozostaje już wyłącznie pierwszy ze stresorów.

1 Like

#5

Tak po przemyśleniu faktów i bez zabawy w spowiedź, to teraz kasuję jako korpoludek w dziale rozwoju zachodniej minikorpo (3tyś luda) jakoś krugeranda tygodniowo… a początki były bidne, bo z rodziny to bogaty nie jestem. Tak, że dorabiać to się dorabiam…ale…

ale stan obecny jest taki, że w wieku 37 lat mam połapane (jako kierownik techniczny lub całościowy projektu) jak wygląda (i jak nim sterować) proces od rozwoju do wdrożenia do małoseryjnej produkcji dosyć niszowych produktów… i tu konstatancja. Ja się nauczyłem używać “maszyny=zasobów firmy” zbudowanej przez kogoś innego. Sam od zera pewnie bym tego nie zbudował, względnie nie mam wystarczająco czasu/zasobów aby się bawić w try&error. Umiejętności manualnych potrzebnych na jakimkolwiek etapie produkcji to też nie mam, no może machanie myszką w CADzie i tworzenie dokumentacji technicznej. A ponieważ nie mam ojca, wujków, kogokolwiek z firmą produkcyjną, to aby zrobić coś z tą wiedzą, doświadczeniem i wpakowanym wysiłkeim w wyciąganie się za włosy z bagna, to teraz pasowałoby zbudować coś swojego… a potomka na razie jednego mam i trzeba się zająć dorobieniem dalszych.
I jak rozmawiam z wieloma znajomymi, to tam sytuacja nie jest inna…

jak dotąd wszystko robiłem bez uciekania się do PGR, jednakże zastany stan rzeczy skłania do wniosku, że być może to jedyna droga, aby szybciej(?) dokonać ekspansji…
Tylko kiedy się nigdy PGR nie uskuteczniało, to zaczynam zastanawiać się, czy po prostu nie pójść w produkcję potomków i od małego napakowania ich wiedzą i jakoś doświadczeniem jaką ja z bólami zdobywałem dopiero po studiach i może dopiero następna iteracja coś poradzi… bo ja to na chwilę obecną nawet nie wiem jak zacząć, a problem jest - zdaje mi się - również psychologiczny

3 Likes

#6

To jest dobry wynik. W Twoim wieku zazwyczaj musiałem się nim kontentować o ile nie zrobiłem jakiegoś PGR i wtedy “Wracajcie, słodkie chwały godziny,”

Ale zapewne sam czujesz że bagno też idzie do góry i nie za wiele masz ruchu z takiego wyniku. Czyli mając lat 38 dobrze jest chąsać jednego dziennie. Kierunek ucieczki z bagna jest wyłącznie do przodu.

Wiek w jakim jesteś to taki dość przełomowy - większość wymienianych dinozaurów chwilę przed czterdziestką zaczęła biznes, który długoterminowo wypalił. Wcześniejsze miały wady. Prawdopodobnie to ostatni moment na wyjście ze strefy komfortu - poza strefą komfortu czyha bogactwo lub bankructwo, ale z całą pewnością zasuwanie aż do śmierci z wykreśleniem takich pojęć jak wolne czy urlop.

3 Likes

#7

Bardzo przepraszam że tak podnoszę poprzeczkę do jednego dziennie, ale jak szarpnąłem z bagna to ostro i teraz pozostaje dawać przykład i podnosić oczekiwania.
Nie ma takiej Mekki której nie obrabujemy, takiego Kremla na którym nie wbijemy flaga^^

1 Like

#8

Ostatnio powtarzałem pierwsze teksty sprzed 3 lat - tam nawet mniejsze kwoty niż jeden tygodniowo były wskazywane jako realny początek. That escalated quickly.

1 Like

#9

W miarę zbliżania się do cmentarza ilość dostępnego czasu maleje więc jego mierzona brzdękami cena rośnie.

2 Likes

#10

Tak czytam ten wpis i poprzednie (wyciąganie z bagna) i zauważam, że Autor zapomniał o fundamentalnym czynniku, który jest “niezbędny”. Szczęście. Nie piszę o wygranej w Totka, a o sprzyjających okolicznościach (czas pojawienia się na świecie, miejsce działania, spotkani ludzie,…). To są czynniki, które w istotny sposób determinują możliwości awansu. Ja jestem przykładem gościa, który wyciągnął sie z bagna ale w tym mojej zasługi jest pewnie max. 25%. Pozostałe 3/4 to sprzyjające okoliczności. Powiedziałbym, że my nie wyciągamy się z bagna, ale nad bagnem w którym tkwimy pojawia się od czasu do czasu cyklon (trąba powietrzna) i nas z tego bagna na chwilę unosi w górę. Jak wykorzystamy ta sprzyjająca okoliczność swobodnego wirowania zależy w pewnej mierze od nas i od okazji, które w naszej okolicy wirują razem z nami. Ale to loteria. Ja wyrwałem sie z bagna ale na zasadzie “co drugi głupi ma szczęście”. Trąbą powietrzną, która mnie wyniosła z bagna była rewolucja informatyczna. Po prostu na początku lat '80 (w PRL) byłem już informatykiem. Jeszcze w Polsce nie było komputerów. A potem ktoś wymyślił mikroprocesor i mikrokomputer.
Nawet to by mi nie pomogło, gdyby nie przełom '90, kiedy można było swobodnie otwierać firmy i pracować na własny rachunek. Jak mówił jeden znajomy:
“Najważniejsze to mieć szczęście, a tych co go nie mają to niech szlag trafi”

2 Likes

#11

A to pod czujną pieczą bijącego serca Partii nie dało się firm otwierać z partyjną legitymacją w kieszeni? Przecież przedsiębiorstwa istniały, dyrektorów miały, wszyscy oczywiście byli równi tak jak dzisiaj^^
Swobodnie można było zapisać się do Partii jak dziś do korpory i robić swoje deklarując wymagane banialuki. A jak nie do Partii to do seminarium. A i wojscy nieco kitu na bocznych okien wydłubali.

Od pewnego momentu samemu jest się tą trąbą i wynosi jednych ponad drugich.

Należy te czynniki zidentyfikować samodzielnie, pojawiać się we właściwym czasie we właściwym miejscu. Gdy rządzą kleptokraci kraść, gdy rządzą biurokraci wypełniać kwity, gdy rządzi Pan Pancerny - salutować.
Ludzi należy zidentyfikować i poznać, przeborować sobie dojścia.

No i najważniejsza cecha jaką Napoleon wymieniał u oficerów: “a czy on ma szczęście?”^^

Starałem się wskazywać historyczne minima takiej kariery - maxima pozwalają dodać nieco barw za młodu, a na starość dopuszczać się rodowej rozrzutności.

0 Likes

#12

Hmm, Autor nie docenia znaczenia czynnika pochodzenia w dostępie do (różnych) synekur.
W zasadzie na niektóre stanowiska nie można awansować “z ulicy”. Kiedyś Michalkiewicz żartował na ten temat: “Skoro lekarzami zostają dzieci lekarzy, prawnikami dzieci prawników, to czemużby konfidentami nie miały zostawać dzieci konfidentów.” Jak nie masz odpowiednich znajomych (np. kolegów ze szkoły) to masz małe szanse na awans w niektórych dziedzinach. Dlatego (np.) takie znaczenie ma fakt do jakiej szkoły (liceum, uczelnia) chodziłeś i z kim się kolegowałeś. Jak to była szkoła do której uczęszczały dzieci notabli, to masz większe szanse wyjścia z bagna, bo być może pomogą ci w kluczowym momencie w karierze. W PRL esbecja pomagała w karierze ludziom, którzy z nią współpracowali (np. księży:).

1 Like

#13

Być może, z tym że cały akapit podważę.
Nie utrzymuję kontaktów z absolutnie nikim ze szkoły podstawowej, średniej, studiów czy innych które pokończyłem, a jest tego spora lista.
Nie utrzymują jakichkolwiek kontaktów z kimkolwiek “spod trzepaka”.

Z pochodzenia mogłem od razu trafić do nomenklatury partyjnej lub wojskowej do wyboru, tyle że ustrój się zwalił, ale nic nie szkodzi - kombatanci karła ekstremy przy tym samym stole jedli ze skomuszałą ideologicznie przedwojenną arystokratką w stopniu sekretarza wojewódzkiego, AKowca czołgami tłumiącego Poznań i Wybrzeże też z grubszym pagonem, peerelowską (ale bezideologiczną) dyplomatką z przedwojennego ziemiaństwa, partyzantem od Ognia - kierownikiem w peerelowskiej fabryce i aferzystą co dostał lat kilka za szerzenie rynku pokątną sprzedażą ponadnormatywnej produkcji robionej cichcem dla FSM oraz księgową. Nad wszystkim unosił się duch przodka co u samego pracował Forda, spodki były z kolekcji motyli w szkle, na szafie kość słoniowa i srebrne dolarówki “w szkle” (dla ozdoby oczywiście), zastawa była chińska, a w latach pięćdziesiątych amerykańska lodówka z zamrażarką (taka o obłych kształtach z charakterystycznymi napisami jak pod Falouta) też nie była popularnym sprzętem. I mimo to nie pracuję dzisiaj w Wifamie, choć taki miałem wtedy pisany los. Prowadzę produkcję u obcych, których nie znałem, nie kończyłem z nimi szkoły, nie mam u nich żadnego pochodzenia, żadna bezpieka mnie w górę nie pchała, ale gdyby kwestie publikowanych dochodów prezesów banków były prawdą, to w karierze pozostałoby mi jedynie zostać premierem Niedorzecza. Dlatego uważam te publikowane dochody za nieprawdziwe. No i jest to też jakaś podstawa do nieutrzymywania kontaktów, bo niby o czym miałbym z tymi ludźmi rozmawiać? Nie dzielę ich problemów - mam zupełnie inne, dla mnie walka z gotówką i MIFID2 to są rzeczywiste utrapienia dnia codziennego pożerające mi więcej atencji niż problemy produkcji.

Czyli jednak da się wynurzyć z bagna, przebić lodową pokrywę i zająć dokładnie taką samą pozycję jaka byłaby z rodowego nadania w Niedorzeczu, tyle że bez wszystkich udogodnień związanych z windą która windzie liny nie przegryzie. Kosztowało mnie to być może dekadę czy dwie ekstra - ale da się.

Da się… i przemilczmy tych którym się nie udało i pochłonęło ich Czerwone Morze.

0 Likes

#14

Też nie przesadzajmy ze skutecznością tych wind. Co mi z tego, kto był TW prowadzonym przez poprzednie pokolenie rodziny, skoro tamto poprzednie pokolenie już zmonetyzowało z tego co się dało, TW biznes zasłupił ładny, ale dawno sprzedał go kolonizatorom (portugalskim - jak być Indianami, to na całego) i już tylko zostały z tego misie na miarę możliwości Niedorzecza. Ot, robiąc zakupy mogę sobie nostalgicznie zadumać się nad marchewką, że dzięki temu mam tę marchewkę od kolonizatora, że rodzina jakiegoś młodocianego delikwenta w poprawczaku wyszukała.

2 Likes

#15

O to właśnie jest sedno tego co różni dipstejty przytomne od pozostałych.
W przytomnych grają z pełną świadomością, że kapitał się gromadzi, a nie wyprzedaje. I że można o to się strzelać, bo bez fabryk, portów, kopalń i banków to łune nie są żaden podmiotowy dipstejt tylko przedmiot okupacji. Wszystko pod szczytnym hasłem: “nasze w kupe - cudze w dupe”.
Lepiej się strzelać przed oddaniem banku & kopalni niż po, bo to i tak o życie chodzi.

1 Like

#16

Strasznie upraszczacie

Jestem lekarzem. Mój ojciec był w latach 60 nieślubnym dzieckiem byłego arystokraty. Miał pod górkę

Matka moja z biedy pochodzi. Na suchary nie miała jak była w liceum.

Zostałem lekarzem. Na studiach dziennych pracowałem na pełen etat i na smieciowkach.

Zostałem lekarzem. Nie chciałem ze skurwionym polskim chlewem mieć nic wspólnego wiec ubzdurałam sobie ze tych latyfundiów otdynatorskich nie zasile. Gdzie o etyce się mówi a kasowało w prywacie a potem prZyjales chorego na oddział a miernota mówiła a co to kurwa robi na moim oddziale. Moim tzn. Droga układu z biurwa i towarzyszami był to jego oddział. Koszty wasze prole zyski moje.

A na zachodzie mam szklany sufit. Guano zawsze śmierdzi tak samo. Jedyna różnica to od szerokości geograficznej i wysokości nad poziomem morza bowiem prężność par guana inna.

Dziś gdybym wiedział skończyłbym radiokomunikacje

1 Like

#17

W Twojej profesji nie ma kapitalizmu i na razie tego nie zmienisz. A szklany sufit masz wszędzie, bo wszędzie albo jesteś częścią oficjalnego monopolu na leczenie albo wyp…

No chyba że weźmiesz się za niesankcjonowane ziołolecznictwo, ajurwedę czy akupunkturę. Tylko że wtedy zostaniesz zaszufladkowany jako znachor i zapomnij o normalnej praktyce, wypisywaniu zwolnień i podpięciu swojej rurki pod baniak z napisem ‘kasa chorych’.

Twoja branża jest równie popieprzona jak branża lewników. Za pomocą monopolu zawodowego sukces w wykonywanym zawodzie został u was kompletnie odłączony od jakości wykonywanych usług. Cała reszta to efekty tego rozwodu.

2 Likes

#18

Też byś narzekał. To nie jest świat dla prawych ludzi.
Krew tu tańsza od wina, człowiek od konia.

Ostatnio to też zaczęli pacyfikować.

1 Like