Na tarasie w Ramat Gan, w Erec Israil, szczególnie wieczorami jest bardzo przyjemnie. Biegają gekony (na szóstym piętrze!), wyją szakale, jak to w metropolii.
Bohatera narodowego, zbawcę Ziemi i Ludu Izraela za jakieś tam układziki z mediami?
Jakby mu się tak jeszcze udało jakichś zakładników uwolnić, albo ogłosić zniszczenie Hamasu…
A jakby już zrobiło się naprawdę gorąco, to zawsze można zagrać kartą pogorszenie stanu zdrowia. No wicie rozumicie obywatele, wiek, stresy w pracy…
Nie bardzo jest z kim tę wojnę wywoływać.
Z Egiptem jest spokój od czasów Sadata, z królem jegomością Abdullahem II sztama do tego stopnia, że Jordania zestrzeliwuje drony i pociski nad swoim terytorium.
Saudowie tylko nogami przebierają żeby w końcu można było robić normalny biznes jak kupiec z kupcem- logika India-Middle East-Europe Corridor nakazuje, że musi być spokój, Porozumienia Abrahamowe są bardzo na poważnie, to nie są jakieś tam mgliste deklaracje i zapewnienia o potencjalnej przyszłej możliwości czegoś-tam.
Zostaje Syria i Liban.
Syria w ruinie, zadyma wewnątrz, obrona przeciwlotnicza w takim stanie, że nawet nikt się nie kwapił pytać Dżulaniego o zgodę na przelot nad terytorium. Na wszelki wypadek jednak głębia strategiczna^^ na Golanie poszerzona przy okazji o kolejne kilka km, góra Hermon wróciła do macierzy, co oznacza, że można znowu zainstalować tam radar widzący to co do tej pory zasłaniała sama góra.
Dżulani uważany jest tu może nie za sojusznika, ale za rozsądnego człowieka z którym można się dogadać. Zagrożenia, przynajmniej na razie, nie stanowi.
Pozostał Liban, chyba najgroźniejszy kierunek. Na razie Hezbollah reorganizuje się po dekapitacji, co nastąpi szybciej niż później, i też nie podzielam optymizmu sądzących, że po upadku Assada korytarz Iran-Hezbollah został zamknięty. Myślę, że nie został i myślę, że są inne, niebiegnące przez Syrię.
Ale to bardziej zmartwienie tych co mieszkają na północy.
Gdzieś tam w tle majaczy złowrogi cień Sułtana, pomnego że to wszystko to są wilajety jego imperium… Ale to już myślę nie jest problem kadencji Bibiego.
Pożywiom uwidim.
Ja sobie tu tylko koczuję, nie poddawałem się jeszcze żadnym nieodwracalnym zabiegom chirurgicznym.
A wracając jeszcze do premiera. On swego czasu był czynnie praktykującym członkiem oddziału Sajeret Matkal, większych kozaków w cahale nie ma.
Na pewno poukładał sobie w głowie takie scenariusze, że śmierć jest najbardziej optymistycznym wariantem. Jego brat zginął dowodząc akcją odbicia samolotu w Ugandzie.
Perspektywa własnego lochu może nie robić na nim większego wrażenia.